Gra na iPada, która jest grą

image

Jestem hardkorem. Znaczy się, hardkorowym graczem. A przynajmniej lubię się za takiego uważać. Chociaż na granie czasu mam coraz mniej (dlatego też zdarza mi się opuszczać nagrania podcastu) przez co zmuszony jestem wybierać tytuły, którym poświęcę wolne chwile, to zdarza mi się tykać niemal wyłącznie “poważne” produkcje, nie jakieś przeglądarkowe fiu-bździu.

Niemal, bo od kilku tygodni jestem szczęśliwym posiadaczem najnowszej (przynajmniej do czasu jesiennej konferencji giganta z nadryzionym jabłkiem w logo) wersji tabletu z iOS-em na pokładzie. Otworzyła się przede mną przepastna biblioteka gier, które na internetowych forach zachwalają całe masy ekranomazaczy. Gier darmowych, tanich jak cebula, przepięknych graficznie. Zdaniem wielu wciągających i pomysłowych w swojej konstrukcji.

Wcześniej część z nich sprawdziłem na smartfonie. Odpadłem przez niewygodne sterowanie. Gry mają sprawiać przyjemność, nie męczyć niedokładną nawigacją bohaterem i miniaturowością ekranu. iPad miał te problemy rozwiązać. Rozwiązał.

Szkoda tylko, że to gry nie dla mnie. Mało tego, dla mnie to nie są gry. Jeno wyroby growopodobne.

Punkt widzenia leży na wprost od punktu siedzenia

Każdy ma swoją definicje gry wideo. Jednym wystarczy, że w prawym górnym rogu ekranu wyświetla się wynik, który po zakończeniu rozgrywki wyświetlany jest na globalnej tablicy. Drudzy za grę uważają dopiero te produkcje, które pozwalają na bezpośrednią rywalizację z innymi w czasie rzeczywistym. Jeszcze innym wystarczy, że mają możliwość wcielić się w wirtualnego herosa – awatara, którym nigdy nie mieliby możliwości zostać w prawdziwym świecie.

Dla mnie gra nie ma prawa istnieć bez historii. Mięsistej. Umiejscowionej w tętniącym życiem świecie – fantastycznym bądź mającym zaczepienie w rzeczywistości. Nie popierdółkowatej, zbędnej, jak w “Angry Birds” czy “Where’s My Water?”. Produkcje te mogłyby równie dobrze istnieć bez prymitywnych, szytych bez polotu historyjek, jakimi uzupełniono w nich rozgrywkę.

Grą nazywam coś, co snuje jakąś opowieść, jednocześnie dając możliwość wzięcia w niej aktywnego udziału. Coś, co ma początek i koniec. Nie rozczłonkowaną na setki epizodów konstrukcję, gdzie każdy z nich jest osobnym bytem, poziomem, który trzeba ukończyć, aby odblokować następny. Zniszczyć wieżę Świń w “Angry Birds”. Wykąpać Swampy’ego w “Where’s My Water?”. W kółko to samo.

Jako gra nie działają też infinite scrollery (wybaczcie, nie wiem jak to napisać strawnie po Polsku, a “nieskończone przewijacze” brzmi durnie). Test zręczności i spostrzegawczości pokroju “Robot Unicorn Attack”, “Tiny Wings” albo “Badland” nie mieści się w mojej definicji gry. Jest czymś mniej, czymś ułomnym w porównaniu z ogrywanym przeze mnie obecnie “Shadowrun Returns” lub ukończonym całkiem niedawno po raz piąty “The Last of Us”.

Doceniam produkcje mobilne. Dostrzegam ich wkład w rozwój branży gier. Zarówno jeśli chodzi o rozszerzenie się modeli dystrybucji, nowe sposoby finansowania oraz całą indie-rewoucję. Jednak moje hardkorowe serducho, które zapałało miłością do elektronicznej rozrywki za sprawą legendarnych RPG-ów Interplay, nie pozwala mi sklasyfikować takiego “Into the Dead” jako gry. Szanuję z kolej tych, którzy w mobilniokach znajdują uciechę. Kto wie, może dzięki partyjce w “Temple Run” mniej zorientowany w świecie gier osobnik spróbuje w przyszłości czegoś bardziej złożonego.

I tak, macie racje. Wedle mojej klasyfikacji mnóstwo gier nie będących grami istnieje także w wersji na konsole oraz komputery osobiste.

Starszy brat jest lepszy

Wspomniane wcześniej małe produkcje definiują granie na urządzeniach mobilnych, w tym na iPadzie. Tego typu nie-gier dostępnych jest w App Storze i Android Markecie najwięcej. Wszystkie te, które można by podciągnąć pod moją definicję gry wideo, są zrzynkami z tytułów dostępnych na konsolach lub PC-tach. Po co więc miałbym sięgać po ubogą wersję Diablo lub Call of Duty od Gameloftu? Miejsce “XCOM-a: Enemy Unknown”, jakkolwiek wielkiej frajdy nie sprawiałby w podróży pociągiem wyświetlany na ekranie tabletu, jest na dużym ekranie, w salonie, gdzie muzyka odtwarzana przy wykorzystaniu porządnych głośników wprowadza w odpowiedni klimat. Tak jest lepiej. A skoro jest lepiej, nie widzę sensu grać w wersję gorszą. Zwłaszcza, gdy wolnym czasem trzeba umiejętnie gospodarować.

Nie znalazłem jeszcze gry, która byłaby dostępna wyłącznie na urządzenia mobilne lub zawierała mechanikę tylko na nich dostępną, jednocześnie nie była portem lub przeniesieniem mechanik produkcji znanej z konsol (odpada “Deus Ex: The Fall” oraz wszelakie Tycoony, w których bogatsze wersje można zagrać na choćby PC), a zarazem oferowałaby doświadczenia, jakich od gier oczekuję. “Anomaly: Warzone Earth” było najbliżej. Ale to wciąż za mało.

Bardzo możliwe, że słabo szukałem. Bardzo możliwe też, że na iPada jednak nie ma gier.

Mniejszy ekran, drugi ekran

Tablet w moim przypadku nie działa jako platforma do gier. Niewykluczone jednak, że zadziała jako dodatek do nich. Drugi ekran, wzbogacający doświadczenia płynące z rozgrywki na tym pierwszym, 40 calowym. Pomysły na integrację gier z urządzeniami mobilnymi mają np. twórcy “Tom Clancy’s: The Division” oraz nowej odsłony serii “Dead Rising”. Smartfon spoczywający w mojej kieszeni mógłby zamienić się w smartfona umieszczonego w kieszeni bohatera gry. Tablet, na którym mój awatar sprawdza mapę lokacji, w której się znajduje, mógłby być moim tabletem. Te rozwiązania kupuję.

Póki co jednak, iPad pozostanie dla mnie e-czytnikiem. Książek, magazynów (polecam cyfrowe wydania EDGE-a oraz Game Informera), internetu. Nie rozczarowałem się. Byłem na taką ewentualność przygotowany. Szczęście, że branża gier wideo jest branżą nadzwyczaj kreatywną. A nuż ktoś coś lada chwila wymyśli. Coś dla mnie. RPG-a z krwi i kości z możliwością zaznaczania na ekranie dotykowym promienia rażenia czarów obszarowych, strzelaniem z łuku z wykorzystaniem żyroskopu i rzucaniem fizyczną kością DICE+.

Brałbym.

Tomek “Abdel” Wikliński